Kraj, w którym dzieci nie lubią wakacji?

Published : 2016-07-02 16:56:50
Categories : Hardy na Filipinach

Czy istnieje kraj, w którym dzieci nie lubią wakacji?

Uśmiechnięte i rozbawione jak wszędzie na świecie. Uczą się, bawią ale też ciężko pracują, dorastają nie wiedząc nawet, że ich przyszłość nie wygląda kolorowo. Niewiele możliwości, przepaść pomiędzy oglądanym przez internet obrazem świata a rzeczywistością. To świat większości dzieciaków na Filipinach.

Obraz świata znany z internetu różni się od otoczenia.


Przed paroma dniami zaczęły się wakacje. Świadectwa rozdane, nareszcie wolne... Zawsze wszyscy uczniowie czekają na ten moment. Większość spędza czas wypoczywając, często wyjeżdza. Trudno przyjąć do wiadpmości, że są miejsca, gdzie nadejście przerwy w zajęciach szkolnych nie wywołuje aż takiego entuzjazmu.

Filipiny są krajem o ogromnej dzietności. Rodzina z czwórką dzieci jest raczej skromną normą. Liczebność rodzin rośnie proporcjonalnie z oddalaniem się od dużych aglomeracji. 

Jak dowcipnie posumował Juan, mój znajomy Filip, Filipińczycy zajmują się plantowaniem rodziny zamiast jej planowaniem. Coś jest na rzeczy, najwięcej urodzeń przypada dziewięć miesięcy po sezonie sztormowo tajfunowym. Na prowincji, gdzie domki budowane są często z mat z liści palmowych, lub innych naturalnych lecz niekoniecznie dzwiękochłonnych materiałów, a rozrywek nie ma zbyt wiele, sezon zagłuszjących wszystko swym rykiem tajfunów sprzyja szybkiemu powiększaniu przychówku.

Wg różnych danych obecnie populacja Filipin wynosi ok. 100 mln ludzi, a prognozy uwzględniające obecne tendencje przyrostu naturalnego mówią o... 250 milionach obywateli w roku 2050. 

Moi goście wracają do domu. Ojciec - odcumowuje łódkę, Mama - w białym T-shircie... i siedmioro pociech.

Część gości na małym przyjęciu, które zorganizowałem dla sąsiadów. Średnia wieku to może 12 lat.

Oczywiście opisuję sutuację w moim odczuciu dla Filipin typową. Pomijam, że jak wszędzie znajdziemy tu rodziny majętne, posyłające dzieci na studia, inwestujące czas i środki w wykształcenie, lecz stanowią one wyjątek. Typowa dla tego kraju jest wielodzietna, bardzo liczna rodzina, różnica wieku pomiędzy najstarszym a najmłodszym rodzeństwem może być nawet dwidziestoparoletnia. Normalym zjawiskiem jest dorastanie w jednym domu młodszego rodzeństwa razem z potomstwem starszego rodzeństwa. Do jednej klasy chodzą np. siostrzeniec z wujkiem.

Niektóre maluchy mają szczeście pochodzić z zamożnych rodzin...
Ale większość takiego szczęścia nie ma...

W zasadzie wspominiana prowincja jest tylko przykładem, gdyż o niej chciałbym najwięcej napisać, ale to samo zjawisko występuje w biednych dzielnicach miast. Codziennie rano z wąskich uliczek prowadzących do ciasnych labiryntów chałupek, tzw. squaters area wysypują się tabuny dzieciaków w białych koszulach lub uniformach zmierzając do szkoły.

Edukacja na poziomie podstawowym jest ogólnodostępna i darmowa. Szkoły, przypominające swoim wyglądem dawne misje, można zobaczyć wszędzie. Wyglądają podobnie, ogrodzone, z częścią sportową na wolnym powietrzu i w każdej jednostce administracyjnej zwanej barangayem szkoła powszechna jest dla dzieci obowiązkowa i darmowa. Ale nie zawsze oznacza to, że jest ona blisko.

Typowy dzień młodszych dzieci w obszarach wiejskich zaczyna się bardzo wcześnie rano.  Do obowiązków młodszych dzieci w wieku szkolnym, a więc 7-10 lat jest ugotowanie ryżu na śniadanie dla całej rodziny. A zatem trzeba przynieść wodę, rozpalić ogień, przygotować garnek, ugotować i odcedzić.

W międzyczasie wyszykować się do szkoły. Często dotarcie na lekcje wymaga pokonania kilku kilometrów piechotą, przez dżunglę... Np. na wyspie Palawan, w jednym z barangajów, budowa drogi betonowej pozwoliła dowozić dzieci do szkoły motorami. dzięki temu wcześniejszy 4 godzinny spacer w jedną stroną został skrócony do kilkudziesięciu minutowej podróży rano. Po lekcjach i tak trzeba wracać pieszo, bo rodzice są zajęci.

Na Mindanao mieszkałem po sąsiedzku z typową dla tamtego rejonu rodziną. trzech młodszych chłopców w wieku 8, 9  i 10 lat oraz ich siostra w wieku lat 7 rozpoczynali dzień około 4 rano. Dojście do szkoły zajmowało im około 3 godzin. Powrót także spacerem przez las - 3 godziny, nic mniej.

Płynąc rzeką Cagayan de Oro  zauważyłem przerażającą instalację. Z wysokiego, urwistego brzegu zwisały powiązane ze sobą, tworzące coś na kszałt drabiny, opony rowerowe. Schodziło się po nich na wąskie nadbrzeże, na którym przywiązana była “stacja dokująca” tratwy. Powiązane ze sobą pnie palmowe, które przesuwało się ciągnąc za sznur przewieszony przez rzekę. To była przeprawa do szkoły dla mieszkających po tej stronie rzeki dzieci.

Przyznam, że nie odważyłbym się nawet raz skorzystać z tego ustrojstwa.

Ten most, o ile można to tak nazwać, jest drogą do szkoły, ale leży bardzo daleko, więc..

wielu uczniów przeprawia się tym czymś... z góry po "drabince", potem tylko wskoczyć na tratwę i ciągnąć mocno za linę... Tak, to droga do szkoły...

A dlaczego ryż na śniadanie gotują młodsze, a nie starsze pociechy?

Odpowiedź jest bardzo prosta. Starsze dzieci nie mieszkają zazwyczaj już z rodzicami. Po skończeniu podstawowej szkoły, dzieci kontynuują nauką w odpowiedniku naszego gimnazjum. Problem w tym, że gimnazja nie są już dostępne w każdym barangayu i trzeba do nich dojeżdżać. Zwykle na tyle daleko, że nie jest możliwy codzienny transport tam i z powrotem. Zatem dzieci w wieku 12 lat przeprowadzają się do krewnych, znajomych, sponsorów ich edukacji. Do domu wracają na sobotę i niedzielę. Sponsor na Filipinach jest częstym zjawiskiem. Dla biednych rodzin, a tych jest większość, często jedyną możliwością kształcenia dzieci, jest ubieganie się o “stypendium”. Często jest ono fundowane przez prywatne osoby, zagranicznych donatorów. Czasem są to osoby prowadzące działalność charytatywną na teranie Filipin. Wtedy taki dziaciak otrzymuje możliwość mieszkania i wyżywienia w miejscu w którym chodzi do szkoły, ale zwykle w zamian ma do wykonania spory zakres obowiązków domowych. Sprzątanie, prace gospodarskie, pomoc przy inwentarzu, proste prace fizyczne, pranie, czyli takie odsługiwanie po lekcjach. Pewnie czasem są też i patologiczne historie. Słyszałem też o nich od bezpośrednio dotkniętych nimi osób. Ale jednak regułą jest szlachetna intencja “sponsora”. I trzeba powiedzieć, że bez tego typu pomocy wiele dzieci zakończyć musiałoby edukację po kilku klasach szkoły postawowej.

Po skończeniu tego “gimnazjum” jest już tylko dalej od domu i drożej. Oczywiście o ile kogoś stać na dalszą naukę. Edukacja na poziomie szkoły średniej, z zawodowym szkoleniem włącznie jest dla przeciętnej rodziny finasowym wyzwaniem. Płacić trzeba za naukę, za odbycie praktyk, za materiały do zajęć praktycznych. Np. na kierunku hotelarskim, na zajęcia z gotowania, wszyscy muszą zakupić uniformy kucharskie oraz wymienione produkty do potraw. Warunkiem zakończenia szkoły jest odbycie stażu, zgodnego z profilem kszałcenia. Pracodawcy na Fiipinach żądają od praktykantów zapłaty / wpisowego, za umożliwienie im zdobycia doświadczenia.

Wierzcie mi, dla rodziny utrzymującej się z rybołówstwa i uprawy ryżu, albo prowadzącej jakiś drobny warsztat, sklepik, czy cokolwiek, wykształcenie kilkoro dzieci jest niemożliwe...

Wszechobecna jest beztroska w wychowywaniu. Rodzice albo pracują albo odpoczywają. Dzieci zajmują się sobą, starsze młodszymi, wszystkie mają dużo obowiązków w domu, nierzadkim widokiem są zupełnie małe brzdące przebywające bez opieki na ulicach biednych dzielnic. Byłem świadkiem wyjazdu rodziców na dwa tygodnie do starszej córki do innego miasta, pod opieką 14 letniej dziewczynki zostało czworo młodszego rodzeństwa. Rzecz w naszych standardach nie do pomyślenia. O dziwo nikt nie zginął, wszyscy przeżyli, chata nie została spalona... Ale nieustannie mam wrażenie radosnej improwizacji. O dziwo, mimo wydawałoby się chłodnych relacji rodzice - dzieci, bo w końcu pamiętajmy, że czas i zainteresowanie jest rozdzielane na znacznie liczniejsze potomstwo, obserwuję na Filipinach bardzo silne więzi rodzinne. Krewni, często rozproszeni po odległych zakątkach kraju zawsze wspierają się wzajemnie. Czasowo mieszkają u siebie, przyjmują młodsze rodzeństwo na czas nauki, zawsze korzystają z okazji do wizyty w domu w czasie lokalnej fiesty. Pomagają finansowo rodzicom. Tak, tak... dzieci wysyłają zarobione pieniądze “do domu”, choć często od lat w nim nie mieszkają. Znam przypadki, napisze wkrótce i o tym temacie, uprawiania najstarszego zawodu świata przez kilka sióstr, głównie po to aby zasilić “centralny” budżet rodzinny. W kraju, w którym ogromna część społeczeństwa żyje poza systemem emerytur, ubezpieczeń zdrowotnych, bez oszczędności, gwarancji jutra posiadania dużej ilości dzieci daje rodzicom poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na spokojną starość.

Często po lekcjach łebki próbują zarobić kilka peso. Starzy zazwyczaj nie mają na kieszonkowe. Co robią aby zarobić? Ano wszystko co się da. Zawsze, a widziałem to w wielu miejscach, mieszane uczucia wywołują we mnie “poławiacze pereł”. Dzieci podpływające na czółnach do cumujących w porcie promów albo zaczepiające dorosłych przy pomostach proszą o wrzucanie do wody drobnych monet. Po czym wskakują z dłubanki i czym prędzej nurkują próbując złowić pod wodą opadające na dno pieniążki. Ale próbują dosłownie wszystkiego, od ciężkiej fizyczne pracy do drobnych oszustw i żebraniny.

"poławiacze pereł" - pojawiają się w portach i przystaniach
Zarobić chćby tylko kilka peso. Pracują od małego...

Dzieci spędzają wolny czas na różnych grach i zabawach. Ogromną popularnością cieszy się koszykówka. Wszędzie można zobaczyć prowizoryczne obręcze i grające brzdące. W przypadku braku oryginalnych piłek do basketu, gra się wyplatanymi z rattanu piłkami. Kozłowac nie można, ale rzucać jak najbardziej.

Koszykówka króluje wszędzie.
Kozłować tym nie można, ale rzucać jak najbardziej.

W klapkach, czasem tylko w jednym klapku, w upale, po ciemku, do zbitej z desek tablicy z drucianą, zardzewiałą obręczą... rzucają...

Lokalne turnieje są wielki wydarzeniem, a emocje nie mniejsze niż w NBA. Miejsce do gry w kosza stanowi często miejsce wieczornych spotkań okolicznej młodzieży.  I często byłem zaskoczony widząc jak wiele młodziaków przychodzi tam pograć, porozmawiać.. Po całym dniu, kliometrach na piechotę jeszcze im się chce...

Plywanie w morzu i zabawy w wodzie to typowe rozrywka dzieciaków z prowincji.

A jednak rok szkolny nie jest czasem największego wysiłku.

Gdy kiedyś dowiedziałem się, że właśnie zaraz zaczynają się na Filipinach wakacje zapytałem, czy dzieicaki się cieszą. Usłyszałem, że nie za bardzo., gdyż w czasie wakacji mają one dużo więcej obowiązków. Muszą pomagać przy pracach domowych i przy uprawach. Zdecydowanie wolą codzienne długie marsze i spędzanie czasu w szkole, lub tylko weekendowe wizyty w domu. O długim spaniu rano nie ma mowy.

Co taka sytuacja rokuje na przyszłość... Ano nic dobrego w skali kraju. Podróżując z wyspy na wyspę obserwuje się ten sam widok. Bardzo młode społeczeństwo. Większość to dzieci albo nastolatki. Młodzi dorośli nie mają wykształcenia. Potrafią wykonywać prace fizyczne, ale nawet takich ofert pracy nie ma wiele. Zarobki, poza administracją państwową i etetami “z budżetu” są żałosne, a na każde miejsce pracy, czy to w MacDo, na budowie, jako room service w hotelu jest wielu chętnych. Marzeniem wiekszości Filipów jest wyjazd za granicę na kontrakt. Wielu aplikuje i jedzie. Z grona znajomych, w ostatnim okresie ubyło wiele osób. Geraldine pracuje w hotelu w Macau, Jale w Bangkoku jest pomocą domową, Benji jedzie wkrótce na Taiwan do jakiejś fabryki. Filipiny stanowią obecnie niewyczerpane zasoby taniej siły roboczej, ale największy wysyp rąk do pracy dopiero przed nimi. 

Już teraz poważnym problemem jest narkomania, łatwy dostęp do domowej roboty broni palnej, narastająca frustracja i brak perspektyw sprzyjają fomowaniu się gangów, porwania dla okupu, napady, zuchwałe kradzieże, np zrywanie łańcuszków z szyi w biały dzień w centrum miasta to nic nadzwyczjnego. 

Najgorzej, że obecny model funkcjonowania jest w niedalekiej perspektywie skazany na porażkę. Bez stworzenia perspektyw dzisiejsze dzieci nie tylko nie będą wspominać słodkiego smaku wakacji, wkrótce nie będą miały dane poznać smaku sukcesu, odpoczynku, zadowolenia z życia.

Jenifer oraz dwa lata starszy od nie jej siostrzeniec Luigi...
Luigi potrafi włąsciwie wszystko. Rozpalić ogień, złowić ryby z łodzi na morzu, ugotować jedzenie, posadzić ryż. Ma 11 lat.

Share this content

Add a comment

 (with http://)

PayPal