Czy na Filipinach jest tanie życie?

Published : 2016-11-17 15:34:35
Categories : Hardy na Filipinach

Czy na Filipinach jest tanie życie?

Wszystkie ceny podaję w następujący sposób 10 Peso = 0,90 PLN 1 euro = 4,20 PLN 1 $ = 4 PLN

Może to czasem powodować brak 100% przeliczenia, ale co do rzędu kwot się zgadza i o to w tym wpisie chodzi. 

Ceny, które podaję pochodzą z kilku moich pobytów i mogły się zmienić, ale raczej tylko w górę.

Kursy PESO do dolara amerykańskiego przez te wszystkie lata wahały się od 35 do 45 peso/dolar. Niby sporo, ale jak zobaczycie nie ma to aż takiego wpływu, gdyż ceny wielu towarów właśnie wynikają z kursu waluty.

Postanowiłem napisać tego posta, gdyż często spotykam się z pytaniami o koszty życia w krajach, nazwijmy to egzotycznych.

Większość pytających zwykle jest przekonana o możliwości dostatniej i luksusowej egzystencji za przysłowiowego dolara dziennie. 

Czy jest to możliwe, luksusowo żyć za dolara dziennie?

 

Takie postawienie sprawy wynika z niewiedzy i braku doświadczenia. Często słyszymy w mediach, jak to w krajach trzeciego świata ludzie pracują za skandalicznie małe stawki i jakoś za nie przeżywają. Słyszymy o tabunach sexturystów, wybierających takie kraje jak Tajlandia czy Fiiipiny głównie ze względu na niskie koszty życia i doczesnych uciech. Ale newsy takie nie do końca pokazują miejscowe realia..

Czy można tanio żyć na Filipinach? Odpowiedź na to pytanie brzmi: To zależy…

To zależy od tego jak niski standard życia jesteście w stanie zaakceptować. A dodać trzeba, że ciepły klimat, brak chłodnych pór roku i względna dostępność jakiegośtam pożywienia pozwala przeżyć przy minimalnych nakładach.

Ale uzyskanie choćby imitacji standardu europejskiego jest bardzo kosztowne i życie tam w otoczeniu do którego przeciętny białas przywykł jest kosztowne. Co bywa szokujące i budzi niedowierzanie jest zazwyczaj droższe niż w np. w Europie.

Dzieje się tak dlatego, że większość produktów składających się na standard “europejski” pochodzi z importu. Wymaga transportu, podlega podatkom, cłom, akcyzom, łapówkom i w związku z tym kosztuje.

W kraju, w którym wg różnych szacunków 60 - 80 procent ludzi funkcjonuje poza systemem podatkowym, bez dokumentów typu paszport, bez ubezpieczenia, często na granicy wegetacji jedynym sposobem pobrania danin jest obłożenie podatkami produktów, które prędzej czy póżniej większość w jakiś sposób konsumuje. Nie można od większości obywateli zdoić podatku dochodowego, ale z każdego dzisiaj się wydusi podatki przy zakupie paliwa, prądu, telefonu, żywności… I tak paliwo kosztuje ok 30 peso / 2,70 PLN / 0,64 Euro / 0,67 USD, prąd jest drogi, nie napiszę ile, gdyż system naliczania opłat jest bardzo pokrętny i zawiera różne opłaty, ale np. rachunek za energię elektryczną w wynajmowanym mieszkaniu, coś jak garsoniera, jeden pokój z aneksem kuchennym, niewiele urządzeń elektrycznych, czasem klimatyzator włączany na noc zwykle wynosił od 3000 do 4000 peso / 270  - 360 PLN / 65 - 85 EURO / 67 - 90 USD.

Cena prądu jest dla zwykłego Filipińczyka zaporowa. Regułą jest nieużywanie urządzeń. Widziałem wielokrotnie w domach (jeśli można to nazywać domem) stojące urządzenia. Często otrzymane w prezencie ślubnym lub kupione w lepszych czasach. Klimatyzatory, kuchenki elektryczne, wentylatory, akcesoria kuchenne odłączone od prądu i nieużywane z oszczędności. W przeciętnym domu do zasilania jest podłączona lodówka, ładowarka do komórki i zazwyczaj telewizor, jedna - dwie energooszczędne żarówki i tyle. Na prowincji problem z rachunkami za prąd jest mniejszy, bo często nie ma doprowadzonego zasilania. 

Wynajęcie mieszkania jest samo w sobie warte komentarza. Jest bardzo niewiele lokali wybudowanych w standardzie, który określę jako europejski. Chodzi o lokum 1-2 pokoje, z oknami przeszklonymi, jakąś łazienką z toaletą i ciepłą wodą, nawet niewielką kuchnią wyposażoną w małą płytę grzewczą. 

W stolicy Filipin - Manilii - jest więcej ofert, ale już w większości miast, które w ostatnich latach przeżywają ogromny napływ inwestycji już tych lokali brakuje. Są w budowie, ale w każdym mieście, w którym miałem okazję dłużej działać: Cebu, Cagayan de Oro, Davao powstaje sporo call center, szkół językowych dla Koreańczyków, zakładów pracy zorientowanych na tanią siłę roboczą i wszędzie tam pojawia się duża liczba zagranicznych pracowników, nadzorców wraz z rodzinami…

W Cebu, za bardzo przeciętne mieszkanko, powierzchnia ok. 40 metrów, pokój z kuchnią, mała sypialnia, łazieneczka trzeba było zapłacić 36000 peso, 3200 pln, 760 euro, 800 usd miesięcznego czynszu plus wszystkie opłaty. Wyposażenie lokalu dość leciwe… w Cagayan de Oro za pokój z aneksem kuchennym, łazienka, bez ciepłej wody, 6000 peso/ 540 pln / 130 euro, 140 usd miesięcznie plus wszystkie media, w Davao ceny ostatnio bardzo podskoczyły w związku z nowym prezydentem, który często tam przebywa i pojawieniem się nagle dużej liczby przyjezdnych chcących coś załatwić.

Na prowincji można mieszkać tanio. Na zdjęciu widać grające w kosza dzieciaki, a za nimi typową chatę. Mieszkałem w tej chacie przez jakiś czas, wietrząc umysł i regenerując ciało, zupełnie za darmo. Na skraju dżungli, w widokiem na ocean, woda do mycia ciurka z własnego ujęcia ok. 200 metrów od chaty, za potrzebą chodzimy pod palmę - ważne aby wcześniej usunąć z niej kokosy, a teren oczyścić z krzaczorów, gdyż w nocy coś może w nich siedzieć a przy silnym wietrze orzech spadający z wysokości kilku metrów może zrobić ogromne kuku. Po zaopatrzenie, typu woda mineralna i niezbędnik do przygotowania potraw - łódką przez morze ok 30 minut.

No super sprawa, ale umówmy się, że nie dla wszystkich i nie na długo…

Podobne jamy można za grosze wynająć w miastach. Coś gdzie można się w nocy przespać za dosłownie parę dolarów. Tylko, że są to tzw. squoters area, zapomnijmy o prywatności, bezpieczeństwie, wszystkie wartościowe rzeczy musimy stale mieć ze sobą.

Gotowanie na palenisku - prowincja lub jemy w okolicznych garkuchniach - miasto.

A może lepiej kupić lub wybudować coś do mieszkania?

No może i lepiej, ale też nie jest tanio. Rozważałem takie rozwiązanie przez czas jakiś. Faktycznie bywam na Fiipinach regularnie. Moje pobyty są na tyle długie, że zakwaterowanie w hotelach przestało mieć sens. Często jestem tam cały miesiąc, potem na miesiąc wracam i znowu jadę. Wynajmuję zatem na kilka miesięcy takie lokum i nawet nie zabieram ze sobą z powrotem rzeczy. 

Akurat pralnie są tanie! Płaci się za kilogram. Wypranie, wyprasowanie, oraz poskładanie w kosteczkę 1 kilograma kosztuje ok. 25 peso - 2 pln, 0,5 Euro/ 0,6 USD.

Więc swego czasu zacząłem poważnie analizować wątek nabycia nieruchomości. Pewnym problemem jest to, że jednak okresami przebywam w różnych rejonach więc może nie do końca by się to sprawdziło, ale brałem poważnie to pod uwagę.

Cudzoziemiec może na Filipinach kupić i legalnie posiadać apartament. Koszty są oczywiście różne, w zależności od miejsca i standardu, ale ceny nie odbiegają od europejskich. 6-8 mln. peso - czyli 550 - 700 tys pln/ 140 - 180 tys. euro / 150 - 200 tys. usd za apartamencik w formule condo, ok. 50 m2, wykończone ale bez szaleństw, w Cebu, w pobliżu IT Park - okolica gdzie ulokowane są call center i centra serwisowo - usługowe. Fakt, że ceny wynajmu są tu wysokie, ale w mojej ocenie jest to akurat “górka”, mało lokali, zwiększony popyt. Sporo powstaje nowych budynków mieszkalnych, do tego Cebu dochodzi już do granicy sesnsowności lokowania tu inwestycji - to temat na osobny wpis, niestabilna sytuacja na Filipinach i generalnie w regionie. No i co tu ukrywać, Cebu to nie Londyn, Berlin, Warszawa…. Tajfuny, trzęsienia ziemi, wybuchające bomby…. A wiec drogo… lepiej kupić w Europie, wynająć a za uzyskany czynsz wynajmować na Filipinach.

Kwestia wybudowania domu / chaty na prowincji jest bardziej skomplikowana. Cudzoziemiec nie może być właścicielem ziemi, a zatem budowanie odbywa się na gruncie do którego nie ma się prawa własności. Często budują domy białasy pohajtane z Filipinami. Wtedy grunt jest własnością żony a chałupę buduje “bogaty niemiecki alkoholik na emeryturze”. Każdy kto widział dokument “Moja żona Tajka” zapewne ma już wyrobione zdanie na temat takiego układu. Ale musze przyznać, że znam dużo przypadków białych pożenionych z Filipinami i tam “wybudowanych”, i nie znam drugiej takiej historii jak pokazywana we wspomnianym reportażu. Musiał facet trafić na sucz kompletną albo sam był ostatnim śmierdzielem.

Na Filipinach wszystkie takie układy jakoś funkcjonują nienajgorzej. Ale wiadomo, nie po to jedziemy na Filipiny, aby się tam żenić. No przynajmniej nie wszyscy  i nie od razu. Więc i z gruntem pod budowę w ten sposób nie wszyscy mogą zadziałać.

Dla tych co cenią sobie stan wolny jest inna rada. Dokonuje się wieloletniej dzierżawy gruntu. Jest to legalne. Wymaga jednak solidnego prawnika, który wszystko sprawdzi,  zabezpieczy nasze interesy na wypadek śmierci właściciela dzierżawionego terenu, a przede wszystkim uchroni przed oszustwem, bo przyznać muszę, że kombinatorami to Filipy są wybitnymi. Nie, że ponadprzeciętnie uzdolnieni, ale z tej nędzy to próbują oszustw nawet w zupełnie bezsensownych przypadkach, że się nawet człowiekowi reagować czasem nie chce. To też osobny temat. Może jeszcze napiszę i o tym.

W każdym razie jest to możliwe, że dzierżawimy grunt na 100 lat, jak Brytyjczycy Hong Kong i budujemy.

Koszty zbudowania chaty są nie takie duże, pod warunkiem, że sami pilnujemy inwestycji i godzimy się na lokalny standard. Tzw. bamboo house, konstrukcja lana ze zbrojonego betonu lub z drewna budowlanego, dach kryty liśćmi palmy lub za dopłata blacha, ścianki z mat, listewek, wypełniane czymś, od wewnątrz w miarę wykończone, klimat studenckiej altany. Koszt powstania takiego cuda orientacyjnie tylko, bo wiadomo, że każdy jest inny, wielkość, standard, ale od 800.000 peso / 70.000 pln,/ 16.500 EURO / 17.500 USD można zamieszkać u siebie (plus dzierżawa gruntu rzecz jasna).

Teraz najważniejsze. Koszty życia codziennego: jedzenie, przejazdy, odzież itp.

Z żywnością jest najciekawiej. Produkty wytwarzane lokalnie są bardzo tanie, ale tylko w pobliżu miejsca zbiorów lub połowu. 

W okolicy Davao mieszczą się jedne z największych plantacji ananasów. W okresie dojrzewania owoców kilogram ananasa kosztuje ok. 6 peso / 5 groszy/ 1 eurocent/ 1 cent, 

ryby / owoce morza / muszle są tanie o ile wybierzemy się po nie na targowisko. Najczęściej późnym wieczorem lub w nocy w większości miasteczek rozkwitają lokalne markety i za niewielkie pieniądze możemy kupić co akurat jest dostępne. 

Ale muszę powiedzieć, że wybór jest bardzo słaby. W trakcie mojego pierwszego pobytu było to jedno z zaskoczeń, że w rejonie ciepłym i wilgotnych, klimacie wydawałoby się sprzyjającym wegetacji roślin jest tak marny wybór warzyw i owoców. Jakość produktów też pozostawia do życzenia. Zazwyczaj możemy kupić jakieś pomidory, małe i zielonkawe jeszcze, kukurydzę, rzepę, bakłażany, ale niezbyt okazałe, cebulę, dość podrzędnie wyglądającą paprykę, czasem ziemniaki, z owoców: mango, banany, ananasy i buko czyli zielone kokosy.

Ryby i owoce morza nie są drogie, ale także bez wielkiego wyboru. najlepsze gatunki i okazy  są sprzedawany do hurtowników, którzy płacą od ręki rybakom, a potem towar jest szykowany na eksport - jak w przypadku coraz rzadszych tu homarów, dużych krabów czy poszukiwanych gatunków ryb jak np. lapu-lapu, albo jest to dostarczane do sieci sklepów, ale tam ceny są już wysokie. W General Santos jest jeden z większych portów rybnych na Filipinach i tam odbywa się też największy w regionie codzienny handel rybami. Wspaniałe okazy merlinów, tuńczyków, wielkie ryby prosto z kutrów połowowych trafiają do chińskich pośredników, którzy opanowali cały handel w Gen San a zaraz po drugiej stronie kramów skupujących te cuda stoją gotowe do transportu ciężarówki.Większość znakomitych ryb od ręki drożeje stając się dobrem luksusowym, niedostępnym dla zwykłego mieszkańca. 

Bo w dużych miastach kupimy większość produktów znanych z naszych sklepów. Ale w cenach, które czasem są zwyczajnie zaporowe.

No to proszę, materiał dowodowy. Zdjęcia powstały w kilku sklepach spożywczych. Nie wybierałem jakoś najdroższych. Zwyczajnie zrobiłem fotki tam, gdzie zdarza mi się zaopatrywać.

Ziemniaczki, za 3 sztuki widoczne na zdjęciu, tylko 40 peso / 3,80 pln / 0,80 EURO / 0,9 $

Krewetki (połów lokalny) tyle, że w sklepie 480 peso kilogram / 44 pln / 10 EURO / 11 $

Owoce kiwi za sztukę 32 peso / 3 pln / 0,7 EURO / 0,8 $

Teraz moje ulubione

Cytryny, UWAGA, cena za SZTUKĘ 40 peso / 3,80 pln, 0,8 EURO / 0,9 $

lub w czteropaku za 4 sztuki jak komuś lepiej 160 peso / 15 pln / 3,20 EURO, 3,6 $

kto da więcej:

cebula, za kilogram 150 peso / 14 pln / 3,50 euro / 3,70 $

pomidory, UWAGA PRZECENA, było za kilo 240 peso / 22 pln / 5,20 EURO / 5,5$, teraz tylko 150 peso / 14 pln / 3,50 euro / 3,70 $

i absolutny hit, śliweczki, za kilo 1200 peso / 110 pln/ 26 EURO / 27 $

mleko od 157 do 200 peso za butelke tj. 15 - 18 pln / 3,5 - 4 EURO / 3,9 - 4,5 $

Dwie ciekawostki.

Tani alkohol rodzimej produkcji. Słynny Tanduay Rum kupić można za 40 peso butelka 0,250

Drogi ryż!!!

W kraju słynącym z upraw ryżu, ryżowych tarasów, produkt stanowiący podstawę każdego posiłku jest dwukrotnie droższy niż w Europie…

klio ryżu za 47 - 54 peso czyli 4,20 - 5,20 pln - 1 - 1,30 EURO - 1,2 - 1,5 $ to zwyczajny rabunek. Co chwila wybuchają na Filipinach afery “ryżowe”, teraz, za panowania Rodrigo są one dodatkowo nagłaśniane. Filipiny importują ryż z innych krajów Azji, czemu towarzyszy zwykle ogromna korupcja, łapownictwo służb celnych, sprowadzanie podejrzanego towaru z jakichś zanieczyszczonych terenów… no cała gama przekrętów i powstających na imporcie ryżu fortun.

Na części zdjęć widać ceny innych produktów, to łatwo sobie przeliczyć ile kosztują podstawowe artykuły…

Filipiny są krajem jednorazowych i małych opakowań. Bieda i bardzo niskie zarobki powodują, że ludzi zwyczajnie nie stać na zakup większej ilości produktów. Kupują zatem w porcyjkach na raz. Wszystko: szampony, proszki do prania, sól, cukier, sos sojowy, ryba suszona, papierosy na sztuki… co nie jest oryginalnie pakowane w jednorazowe porcje często jest rozdzielane przez właścicieli małych sklepików, które są wszędzie w labiryntach chat do mieszkania. Za 2-3 peso każdy sobie coś tu kupi… Jest to oczywiście najdroższy towar, bo suma małych porcji znacznie przekracza koszt dużego opakowania, z którego te porcje powstały, ale ludzie nie posiadają tu więcej gotówki więc kupują mało i drogo. 

Wszechobecne są prowadzone najczęściej przez chiński kapitał lombardy. stawki za szybką pożyczkę też są horrendalne, ale ludzie zdają się tym nie przejmować. Żyją z dnia na dzień…

Ale na zakończenie mam coś jeszcze do pokazania.

Uwaga! W toaletach zainstalowane są automaty wrzutowe wydające papier toaletowy… No bajka… Nawet za srajtaśmę łupią tych biednych ludzi.

Cóż skoro samo państwo traktuje własnych obywateli jak zwyczajnych niewolników.

Nie będę tu opisywał kosztów i drogi przez mękę jaką musi przejść zwykły Filip aby dostąpić tego przywileju i wyrobić sobie paszport.

Ale jak już ten paszport ma, to, no uważajcie bo spadniecie z krzesła, przy wyjeździe za granicę, na lotnisku musi zapłacić podatek, za to, że opuszcza kraj… zależy dokąd i na ile jedzie, ale jest to kwota powyżej 1500 PESO - 140 pln / 35 EURO / 39 $. Zwyczajny okup!! Inaczej tego nie nazwę! Ale to nie wszystko, na lotnisku czeka go jeszcze niemiła niespodzianka: opłata za terminal, płacą ją wszyscy pasażerowie wylatujący za granicę. Stawki są różne, w zależności od lotniska, z którego się wylatuje.

Co ciekawe, pobiera się ją przy wylocie, przed wejściem do kontroli bezpieczeństwa. Ostatnio w Cebu wynosiła ona 750 PESO. Tak o 70 pln - 16 euro, 17$, za to że wsiądziemy do samolotu. A co jak spłukany białas albo nieprzygotowany Fiilpińczyk nie ma na opłatę… A to lombard jest zaraz za rogiem, więc można zastawić cokolwiek byle tylko z tego taniego raju móc wyjechać…

Share this content

Add a comment

 (with http://)

PayPal